Syndrom Fausta
Syndrom Fausta 22.03.97 Nr 69
HANNA KARAŚ: - Co wiemy o opętaniu?
O. ALEKSANDER POSACKI:- Opętanie jest ostatnim stadium ingerencji demonicznej. Generalnie jest to rzeczywistość bardzo tajemnicza, tak jak cała rzeczywistość Zła i Szatana. Możemy jednak rozeznać jego naturę. Szatan jest kłamcą podszywającym się pod anioła światłości, ma władzę nad materią; jest zbuntowany przeciwko Bogu i rodzi bunt w innych duszach. Powinniśmy mieć świadomość, że świat nie jest taki bezpieczny, jak to próbuje nam się wmówić. Należy nie tyle bać się tego świata, co mieć jego trzeźwy ogląd. Błędem jest przypisywanie Szatanowi większej mocy, niż posiada, ale też fałszem jest nieprzypisywanie mu żadnej władzy lub wręcz upieranie się przy jego nieistnieniu. Nasze zmagania duchowe świadczą o tym, że nie zostaliśmy jeszcze odrzuceni i możemy otworzyć się na prawdziwą moc Żywego Boga. Bernanos mówił o dziwnym “spokoju dusz odrzuconych” ilustrującym może to, co Jezus nazwał grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. Zło zawsze zwodzi. Chce nas ostatecznie doprowadzić do odstępstwa od Boga - do buntu metafizycznego. Chociażby przez magię. Magia może zostać przyodziana w szatki kultury. Nazywa się czasem niewinnie samorealizacją czy rozwojem duchowym. Niepokojące jest to, że w sposób zupełnie nie kontrolowany, również w Polsce, odbywają się coraz liczniejsze okultystyczne inicjacje. Ma to miejsce głównie, ale nie tylko, w wielkich miastach: Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu, itd. To nie są nawet sekty, tylko odmiana biznesu. Prowadzący kursy i inicjacje są nowoczesnymi biznesmenami. Dokonuje się to w tak zwanych centrach szkolenia, leczenia i pseudoleczenia duchowego. Ostatnio propaguje się ją w Domach Kultury, szkołach, muzeach, gdzie wieczorami wynajmowane są sale na wykłady wprowadzające w teozofię i okultyzm. Ta pseudoduchowa zaraza przedziera się do nas wśród pozorów intelektualizmu i jest propagowana jako dziedzina, przekraczająca poznanie prostaczków. Prelegent bywa często tym, który inicjuje. Cała reszta zajęć okazuje się wchodzeniem w obszary okultyzmu. Poddany takiej obróbce i uczestnik kursów myśli, że miał Moc. Dopiero później się okazuje, że to Moc miała jego.
Ból sprawia jednak, że chcemy pozbyć się go za wszelką cenę.
Ktoś mógłby powiedzieć, że ma prawo do ratowania się wszelkimi sposobami, żeby odzyskać zdrowie. Musimy jednak wiedzieć, co stracimy, jeśli pozwolimy się wciągnąć w praktyki okultystyczne czy tzw. leczenie duchowe. Przeważnie uważamy, że choroba jest złem, a tymczasem może być wielką łaską. Bóg dopuszcza chorobę często po to, żeby ratować duszę. W tym momencie cierpienie nabiera wymiaru znaku, który należy odczytać. Nie zawsze jest ono złem absolutnym, do usunięcia za wszelką cenę. Choroba jest miejscem medytacyjnego i modlitewnego namysłu. Trzeba pytać Boga o sens własnego bólu. Z chrześcijańskiego punktu widzenia choroba ma zawsze związek z grzechem - bezpośredni czy pośredni. Dlatego zdejmowanie cierpienia za pomocą np. szamańskich technik czy hipnozy może być niebezpieczne. Ból jest alarmem, który wskazuje na chorobę ducha. Uleczenie jedynie ciała może być większym złem, niż cała choroba. Nie bez znaczenia jest, że bioenergoterapeuci często stosują nakładanie rąk. Może to oznaczać także gest inicjacyjny. Poddający się bioterapii poczuli się lepiej fizycznie, ale pogorszyła się ich sytuacja pod względem psychoduchowym. Zniknął ból. Pojawiły się za to stany lękowe i trudności w wierze. Zaznaczyły się odczucia nawiedzeń, obecność mniej lub bardziej uwyraźnionych ciemnych mocy. Można to nazwać syndromem Fausta.
Obecnie tzw. uzdrawianie duchowe jest w modzie. Wystarczy przypomnieć, jakim powodzeniem cieszyło się w grudniu ub.r. w Warszawie Forum Wiedzy Tajemnej.
Uzdrawiaczy należy unikać przede wszystkim z powodu nadzwyczajności źródła ich mocy. Mogą być to nie tylko siły naturalne, ale też spirytystyczne i demoniczne. Uzdrawiacz musi wiedzieć, co robi i skąd pochodzi jego siła. Zwykle jednak tego nie wie. A już sam kontakt z taką nie rozpoznaną siłą powinien dyktować ostrożność. Wiemy, że moce ciemności będą zwodzić, taka jest ich natura. Człowiek, który nie wierzy w ich istnienie, czy nie umie ich rozeznawać, bardzo łatwo może dać się złapać na haczyk błyskotek. Zło nie będzie mu podsuwać rzeczy odpychających - to nie łysy potwór z wyszczerzonymi kłami - a raczej sprawy atrakcyjne, a nawet wzniosłe. Może wśród nich być mistyka. A fałszywa mistyka jest gorsza od prostytucji i alkoholizmu. Choć pierwsze przykazanie brzmi mniej groźnie, a jego przekroczenie odbywa się nawet w pozornej atmosferze szacunku dla rozumu, to jego złamanie jest najbardziej brzemienne w skutkach. Zbyt często mierzymy ciężar grzechu estetyką widzenia i przyjemności naszego oka.
Obecnie zauważa się coraz większe zamieszanie na gruncie światopoglądowym.
Następuje rozmycie orędzia teologicznego na planie semantyki i aksjologii. Dokonuje się to w obrębie różnego rodzaju koncepcji stanowiących tło np. magii. Celem tej językowej ekwilibrystyki jest udowodnienie, że grzechu nie ma, a jest tylko błąd; że największym grzechem jest właśnie uznawać grzech w sobie. Że nie ma Boga Stwórcy, a jest Kosmiczny Zegar, kosmiczne Uniwersum, w które należy wtopić się i zharmonizować z nim. Walka rozgrywa się na polu światopoglądu dotykającym całej ludzkiej egzystencji. Chodzi o trudno dostrzegalne przesunięcie akcentów - tak żeby konkretny człowiek, grupa, czy nawet całe społeczności zaczęły odbierać rzeczywistość według innego klucza, niż to czyniły dotychczas. Nowy światopogląd często uwikłany jest w inicjację. Przyjmującym go obiecuje się, że będą szczęśliwi, osiągną sukces i bogactwo. A jednocześnie posiądą pewne moce. “Pacjent” zaczyna wierzyć, że zbliżając się do uzdrowiciela zbliża się do źródła Mocy. Uruchamiają się nagle niezwykłe siły. Są nieznane i przychodzą nieproszone. Mają wyraźnie paranormalny charakter.
Nawet jeżeli uzdrowiciel będzie mówił: “moja siła pochodzi od Boga i teraz wam ją przekazuję”, to jeszcze za mało, żeby uzasadnić oddanie się w jego ręce?
Za mało. Dlatego, że dar musi być zawsze obiektywnie rozeznany. Po drugie to, że ktoś służy, jeszcze o niczym nie świadczy. Służenie może być jednocześnie formą wikłania ludzi. Wystarczy tu przywołać bioenergoterapeutów, którzy poddali się egzorcyzmom, choćby we Włoszech. Wszyscy oni powiadali, że motywacja służenia wcale nie była taka bezinteresowna. Wspominali nawet o jakimś przymusie wewnętrznym. Motywacja altruistyczna nie jest czymś głównym, a co najwyżej, towarzyszy innym jeszcze powodom. Pewna osoba, która uzdrawiała, a później zaniechała tego, wyznała mi: “Poczułam się pusta, ale wolna”. Uzdrawiacze czują się czasem napełnieni mocą, odczuwają nawet coś między rękami, a jednocześnie sami są sobą zaczarowani. Nie bójmy się powiedzieć o tym, że fakt, iż biorą pieniądze, też zaciemnia ich orędzie. Rzeczywisty dar uzdrawiania jest darem ekstra. Są dary natury i dary łaski. Za dary ekstra, dary łaski, nie bierze się pieniędzy i to potwierdza praktyka od początku historii Kościoła. Zresztą to, że Kościół był bardzo wrażliwy na sprawy finansowe, jeśli chodzi o praktyki duchowe, nie znaczy, że sam był tej nauce zawsze wierny. Ale ważne jest sedno sprawy, dar Boży otrzymany darmo należy darmo oddać. A nawet, gdyby uzdrawiacze leczyli bezinteresownie, czy brali mniej pieniędzy niż inni, to jednak bardzo niepokoi występujący przymus leczenia. Poza tym wśród uzdrawiaczy następuje zmęczenie. Muszą się go pozbywać, by następnie znów “doładowywać”. A to nie powinno mieć miejsca. Autentyczna moc, to moc z innego, transcendentnego poziomu. Bóg, żeby uzdrowić, nie potrzebuje wcale nakładania rąk. W wielu wspólnotach chrześcijańskich modlitwie o uleczenie nie towarzyszy już nakładanie rąk. Autentyczny dar uzdrawiania jest czymś, co nazywamy stanem niehabitualnym. To znaczy, że pojawia się on w momencie służby chrześcijańskiemu zgromadzeniu. Zgromadzenie kończy się, dar jakby znika. Człowiek nie męczy się tym więcej. Ten fakt podkreśla zewnętrzność daru. Nie może więc być mowy o inicjowaniu innych, ani tym bardziej robieniu dyplomu, czy zakładaniu związków zawodowych uzdrawiaczy. Jeśli istnieje coś takiego, to nie ma to nic wspólnego z prawdziwą duchowością. To jest raczej wynik ignorancji, braku rozeznania duchowego i mocy Antychrysta. Przywołajmy choćby Mt 24, 24. Istnieje możliwość fałszywych cudów, zwodzenia i władzy Szatana nad materią. Demonologia katolicka zna to od dawna. Ludzie nie przeczuwają możliwości Szatana. Myślą, że wszystko, co jest nadzwyczajne, pochodzi od Boga. Prawdziwe cuda mają charakter dyskretny. Nie ma tu fajerwerków, niezwykłych sztuczek Sai Baby, lewitacji, znikania, pojawiania się, czy np. materializowania owoców, które i tak rosną na drzewach. W filozofii cudu jest ukryta teologia. Ma on przede wszystkim wskazywać na Boga. Nie może od Niego odwodzić.
Coraz częściej magia mylona jest z religią.
Religioznawcy zauważają fundamentalną różnicę między religią i magią. Cechą religii jest podporządkowanie się sacrum, zaś istotą magii jest manipulowanie sacrum. To bardzo ważne rozróżnienie między magią a religią pozwala stwierdzić, czy ktoś służy, nawraca się i oczyszcza. Są to cechy każdej prawdziwej religii, niekoniecznie chrześcijańskiej. Natomiast magia ma moment rozkazu i oczekiwania natychmiastowego skutku. Helena Bławatska w swoim “Kluczu do teozofii” stwierdza, że to, co chrześcijanie nazywają prośbą czy modlitwą, my nazywamy rozkazem; bo nie ma sensu prosić, trzeba tylko rozkazywać. Dlaczego? Bo tam nie ma tego, którego my nazywamy Bogiem Stwórcą. W teozofii miejsce Boga zajmuje Natura, Uniwersalna Energia. W miejsce kapłaństwa, czyli pośrednictwa w służbie Stwórcy, pojawia się szaman, który jest medium w świecie sił naturalistyczno-spirytystycznych. Pośredniczy w przekazywaniu nieokreślonych i niejasnych sił. Prawdziwy kapłan wie, jakiemu Bogu służy i jaki jest cel jego służby. Dotyczy to też, oczywiście, każdego chrześcijanina. Nie może być tak, że pod pozorem tajemnicy przechodzi się w obszary, gdzie przestają działać jakiekolwiek kryteria racjonalnego rozeznania.
Jeśli więc ktoś znajdzie się w stanie takiego duchowego rozchwiania, to czy łatwo jest mu pomóc?
Osoby proszące o pomoc znajdują się w różnych stadiach zwodzenia. Są tacy, którzy przychodzą dopiero wtedy, kiedy wszystko jest w nich strzaskane i wtedy o pomoc bardzo trudno. Jajo węża wydało swój owoc. Powrót do równowagi może rozciągać się na całe lata. Łatwiej jest pomóc tym, którzy nagle poczuli jakąś wątpliwość, a u których niby wszystko jest w porządku. Pomocne jest uporządkowanie świata wartości. Coraz powszechniej myślimy, że jeżeli coś jest śliczne, to musi być prawdziwe i pożądane. Na tym opiera się świat reklam.
Niektórzy antropolodzy zauważają podobieństwa między strukturą skalania rytualnego w kulturach pierwotnych a opętaniem. Czy o takiej analogii można rzeczywiście mówić?
To, o czym pani mówi, jest bardziej związane z magią np. woodoo, której obrzędy doprowadzają do opętania. W tę zasadzkę wpada wielu antropologów, którzy chcą dokonywać zbyt łatwych analogii z chrześcijaństwem. Tutaj też np. dał się zwieść pozorom Freud, który magiczno-neurotyczne rytuały pomylił z religią. W sytuacji, o której pani mówi, występuje moment przekroczenia tabu. Jest to moment, kiedy człowiek odczuwa strach i zależność od bóstwa, kiedy bóstwo trzeba przebłagać przez rytuał. Nie ma tu mowy o osobowej relacji między składającym ofiarę a Bóstwem. W religiach pierwotnych bardzo rzadko występuje koncepcja Boga Osobowego. Występuje Bóg-Moloch, którego trzeba przebłagać, stąd ów paraliżujący lęk na skutek przekroczenia tabu. Może on w swoich objawach rzeczywiście przypominać opętanie. W chrześcijaństwie tylko u osób o wypaczonym sumieniu Bóg staje się karzącym Molochem. Mogą następować wtedy ingerencje demoniczne wprowadzające w świat utkany z lęku i obsesji. Może nastąpić nawet śmierć ze strachu. Freud słusznie zauważył, że rytuał neurotyków bardzo przypomina obrzędy magiczne. Nie odkrył już jednak, że tym, co naprawdę leczy z chorób i lęków, jest właśnie relacja z Bogiem Osobowym. Jeśli więc choruję i boję się, albo boję się i dlatego choruję - co przypomina mechanizm magii woodoo - to winienem nawiązać relację z Bogiem Osobowym, żeby zobaczyć również w sobie osobę. To mnie wyzwoli i pozbawi strachu. W religiach pierwotnych jednak człowiek nie jest w stanie nawiązać równorzędnego dialogu z Bogiem. Ma bać się bóstwa i padać przed nim na twarz. Koncepcja Boga Osobowego ma więc zasadnicze znaczenie dla zrozumienia choroby i zjawiska uleczenia. Boga nie można zadowolić handlem wymiennym. Na tej zasadzie można coś otrzymać od demona i tylko jego można tak zadowolić. Magia ma charakter antypersonalny i deprecjonuje godność człowieka.
Zjawiskiem magii zaniepokoili się biskupi włoscy, którzy w 1994 roku wydali specjalną “Notę duszpasterską na temat magii i demonologii”. Czytamy w niej m.in. “zjawisko to ma tendencję do narzucania się w życiu wspólnym i osobistym tysięcy osób, w tym także samych wiernych. Według najnowszych danych, Čużytkownicy magiiÇ we Włoszech stanowią 12 milionów osób. Zjawisko to niepokoi nas zarówno jako wskaźnik bolesnej sytuacji egzystencjalnego pobłądzenia, jak też z powodu podstaw intelektualnych i praktycznych zachowań, jakie owo zjawisko zakłada”. Jak polski Kościół i jego pasterze postrzegają zagrożenia praktykami magii i okultyzmu?
Kościół w Polsce nasłuchuje pilnie rzeczy, które są u nas dość nowe. Otwarcie na okultyzm przyszło wraz z otwarciem na kapitalizm. Wiedza tajemna dotarła z innymi formami biznesu. Włosi mają o wiele więcej doświadczeń. U nas komunizm jeszcze pewne rzeczy opóźnił. A teraz, w atmosferze przemian polityczno-gospodarczych, dużego napięcia, problemów ekonomicznych, poczucia zagrożenia i alienacji powstała duchowa luka, w którą wpasował się okultyzm. Jednak w całym Kościele otwarcie na intelekt, technikę i inne kultury zbiegło się ze zlekceważeniem wiedzy na temat rozeznania duchowego. Dziś mowa o duchowej walce nawet dla wielu księży brzmi dziwnie. Moja praktyka duszpasterska mówi mi, że na szczęście, choć nie jesteśmy doskonali, to mamy zdrową intuicję. Często w rozmowach ludzie sami trafiają na trop przyczyn swoich nieszczęść, gdy tylko im się odrobinę pomoże. Byłem zdziwiony, jak przychodzący po pomoc dokonywali rozeznania duchowego pod wpływem drobnych zapytań. Nagle ukazywał się cały mechanizm ich uwikłań.
Co jest najbardziej niebezpieczne w okultyzmie?
Okultyzm bazuje na błędnej orientacji ducha sprowokowanej pokusami skażonej natury człowieka. Jest to jedno z narzędzi kuszenia, czasem wprost jedna z wielu technik Szatana. To, co najgroźniejsze leży jednak głębiej: to nie odkryta choroba duszy. Należy docenić powagę grzechu i zła. Zobaczyć, że syndrom Fausta w upadłej naturze człowieka to coś stałego, głębokiego, poważnego i niebezpiecznego. Okultyzm wyjawia coś najgroźniejszego. Wielu myślicieli i pisarzy podchwyciło dziś problem powagi zła. Ze współczesnych u nas choćby Leszek Kołakowski, czy Gustaw Herling-Grudziński, na Zachodzie Denis de Rougemont, Paul Ricoeur. Należy ostrzegać ludzi przed “szeroką drogą”, która wiedzie do zatracenia. Ostrzegać przed “lekkością bytu”, która wkrótce staje się - powtarzając za Kunderą - “nieznośna”. Ostrzegać przed syndromem Fausta, który może być odbiciem grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. A który nie będzie odpuszczony także w życiu przyszłym.
Czym ojciec tłumaczyłby zainteresowanie okultyzmem, również w Polsce?
Wielu pociąga potrzeba tajemnicy, mistyki i symbolu, które zagubiły się wśród tzw. kultury dominującej. Dlatego, pomimo że wymaga on wielkiej uwagi, nie przeceniałbym tego zjawiska w sensie traktowania go jako inwazji z zewnątrz. Okultyzm istnieje od początku, od pokusy w Raju, która miała charakter faustyczny: pychy i fałszywej boskości, fałszywej mistyki. Jest on więc zgodny z ludzką naturą, która szuka dróg na skróty. Kiedy jednak ludzie mają okazję spotkać się z prawdziwą duchowością, łatwo rezygnują z poszukiwania sensacji, by grać o coś więcej. Wcześniej nie wiedzieli, że byli po prostu zwodzeni, że będą się całymi latami wylizywać ze skutków swojej głupoty i pychy. Jeśli jednak mają to szczęście, że zostają w porę ostrzeżeni, to spada im z oczu cała przewrotna zasłona. Są szczęśliwi, że nareszcie ktoś im coś wyjaśnił. Zaczynają rozumieć, że tak naprawdę ta tandeta nie była warta nawet cienia uwagi. A Pan Bóg, życie, przyroda, świat, i tak są piękne. Nie trzeba żadnych nadzwyczajności i zaklęć.
Rozmawiała Hanna Karaś